Born To Die
Valinor - Remembrance
Co prawdaż jest to split, ale jakoś nie mam ochoty opisywać drugiej kapelki, bo zaginął mi kocur i bardzo rozpaczam... Kogo ja teraz będę kopał?! Moja znajomość VALINOR ograniczała się tylko i wyłącznie do ich płyciory "It Is Night". Nigdy nie wiedziałem jak grali wcześniej, aż nadejszła wiekopomna chwila, kiedy stołeczna wytwórnia wypuściła pierwszaka kapeli... Mam nadzieję, że nie wyjdę na dupoliza waląc peany pod adresem ekipy z Dębicy, bo ta ich wiekowa tasiemka jest naprawdę cool! Może są to oznaki reminiscencji (niekoniecznie nieświadomej) za "łomotem", który sprawiał mi radość? A może po prostu, ich nie całkiem stary, death jest lekarstwem na dzisiejszą niepogodę, no i tego przebrzydłego kiciusia, który gdzieś tam sobie chadza? Przynajmniej nikt chłopakom nie zarzuci, że poszli za modą na stare granie... "Remembrance" na dzień dzisiejszy ma coś około 84 miesięcy... Może być również tak, że dzięki temu, iż dorzucili black, materiał jest jeszcze bardziej przyswajalny! Gdy tak się głębiej zastanawiam dochodzę do wniosku, że już wtedy powoli wyłaniało się późniejsze (dzisiejsze) oblicze VALINOR. Te zamiłowania do melodyjnych akcentów, sesyjny parapet. Z jednej strony całość jest prosta w swoim zamierzenie, podczas gdy z drugiej mańki lukając, wyłaniają się zaczątki rozbudowanych aranżacji... Nieuniknione zmierzanie do epickich opowieści, niekoniecznie po angielsku. Pomimo tego, iż "Remembrance" nawet po tych paru latach nie trąca myszką. Jest taki, jaki powinien być materiał początkującej formacji, która nie wypadła sroce spod ogona. Cieszę się, że VALINOR gdzieś tam na rozstajach nie skręcił w łagodniejsze klimaty, bo kto wie jakby to dzisiaj wszystko wyglądało.