Mega Sin #8
Valinor "It is night" (Apocalypse Production)
Valinor (Kraj Valarów) to fikcyjna kraina w stworzonej przez J. R. R. Tolkiena mitologii Śródziemia, zwana także Błogosławionym Królestwem, Nieśmiertelnymi Krainami czy Najdalszym Zachodem. Jest to kraj na kontynencie zwanym Amanem, gdzie mieszkali Valarowie i Majarowie, anielskie istoty stworzone przez Eru Ilúvatara, którym powierzył on opiekę nad Ardą (światem). Muzyka rodzimego Valinor jest dokładnie taka jak mieszkańcy owej magicznej krainy. Bombastyczna, dostojna, elegancka i harmonijna. Pełna klimatycznych pażazy klawiszowych, melodyjnych riffów gitarowych i damskich chorów. "It is night" zawiera spokojną i stonowaną muzę - przyzwoicie skomponowaną i odegraną. Całość przypomina mi głównie debiut Arcturus, trochę Therion czy chwilami nawet włoskich homo-warriors z Raphsody. Niestety to akurat kompletnie nie moje klimaty. Czytając książki Tolkiena zawsze sympatyzowałem ze złym, przebiegłym i okrutnym Morgothem czy jego uczniem Sauronem, a nie z dobrotliwymi i szlachetnym bogami z Valinoru. Bardzo rzadko, jeśli w ogóle, zapędzam się w takie rejony muzyczne. Czasem muszę odetchnąć o deathowej rzezi czy blackowej siary - to fakt - przecież nie samym Beherit lub Sarcofago człowiek żyje. Ale wówczas i tak preferuję nieco inne kapele, jak choćby właśnie w/w Arcturus, a nie jego mało przekonowujące kopie. A muza grana przez Valinor takie niestety sprawia wrażenie. Jest zbyt ugładzona, zniewieściała i przewidywalna. Choć panowie wiedzą jak poprawnie obsługiwać swoje wiosła, to jednak nie starają się wychodzić poza pewne kanony kompozytorskie. Aranżacje dalekie są od wizjonerstwa i pomysłowości Arcturus, a riffy prościutkie i standardowe niczym tok myślenia Georga W Busha. Najbardzej stara się wokalista Jakub Głąb, który nie tylko ryczy i skrzeczy, ale przede wszystkim śpiewa czystym głosem, który momentami zachacza nawet o quasi operowe rejestry. To, że jest tak wszchstronny to duży plus. Jednak często zdarzają mu się wpadki wokalne (czyt. fałszuje) i słychać, że jeszcze nie potrafi zbytnio panować nad swoim głosem. Przynajmniej robi co może, aby było lepiej niż jest. To jednak trudne zadanie w przypadku Valinor. Wiele się tu nie da zrobić. Na domiar złego "It is night" już gdzieś w połowie swojego trwania staje się strasznie nudnawa. Sytuacji nie ratuje nawet szybszy i bardziej agresywny "Chasing the moral's luxury". Reasumując, przeciętny debiut, w miarę przyzwoicie zagrany i wyprodukowany, ale nic więcej. Nie zawracałbym sobie tym głowy.
6 - Goatlord