SARCOFUCK ZINE #3


Jak widać powyżej leciwy jest już ten materiał ciutkę, ale skoro zespół wciąż go rozsyła w celu promocji, więc i ja recenzji nie odmówię. Jeśli wierzyć biografii, to zespół ten istnieje już od 1993 roku, ja natomiast do tej pory spotkałem się jedynie z ich twórczością na jakiejś składancę (Total Death, Bereta?), lecz wrażenia dobrego nie zostawiło, więc w niepamięć puściłem.
Ale skoro jest szansa zapoznać się z dużym materiałem tej dębickiej trupy, i pokrótce opisać to czemu nie? Na początku wita nas fajne, orientalne intro, które zgrabnie przechodzi w kawałek tytułowy, gdzie zespół stara się wplatać miejscami tenże orientalny temat, udanie nawet. Niech nie myśli jednak nikt, że to kopia Nile czy coś, ot panowie jadą w bardziej heavy metalowym klimacie, zabarwiając to wszystko black metalem, niestety jego bardziej symfoniczną odmianą, która dla piszącego te słowa bywa ciężkostrawna jak kebab od turasa. I o ile, kiedy we wspomnianym tytułowym zespół jedynie lekko muśnie po parapecie, tak w następującym po nim "The Voice of Space" mam wrażenie że klawisze grają rolę pierwszoplanową, i jakby je wyciąć to niewiele by z tego numeru zostało. Co dalej? Fajnie cyka taki "A Hand of a dead" który dla mnie brzmi jak zblackowana wersja Running Wild, Chroming Rose, czy innych germańskich potupajek, tylko te klawisze w drugiej połowie numeru potrzebne znów jak kurwie dziecko. Przegięciem pały jest zamieszczanie ponad szcześciominutowego instrumentalnego kawałka, na który składa się pitolenie w kółko tego samego motywu, chuj wielki z tego wynika, ale tak to pewnie płyta by płytą nie była bez dobicia do trzydziestukilku minut trwania. Nieco bardziej zadziorny "Requiem" z fajnym riffem czy trochę mieszania różnymi motywami w "The Bloodless Face" zaliczam in plus, nie są to jednak numery,
z których nic bym nie wyrzucił, jakby to ode mnie zależało. Ale nie zależy, więc pozostaje mi pozłorzeczyć. Z rodzimego podwórka w zbliżonych dźwiękach porusza się szczeciński Wishmaster lecz robi to kilka razy lepiej. W Valinor natomiast tkwi jakiś potencjał, który miejscami da się wychwycić w kilku momentach, może więc czas już pokazać czy coś dojrzało przez te sześć lat?