HAMMERFIST 'ZINE # 2
Zespół ten, którego nazwa ma swój rodowód w mitologii Tolkiena istnieje o dziwo już od 1993 roku. A ‘Hidden Beauty’ to ich dopiero drugi długograj w dorobku i na tę chwilę ostatni. A jak owy brak płodności albumowej oddziałuje na płodność muzyczną? No w muzycznym wymiarze możemy tutaj mówić o urodzaju. Na pewno w kontekście całej sceny metalowej, gdyż plonów traktujących w taki melodyjny, lajtowy sposób black metal jest jak na lekarstwo. Jeśli dodać do tego niemal klasycznie heavy metalowe rozwiązania na gitarach, to tym bardziej należy uznać to za wydawnictwo warte zainteresowania. Przez dziewięć utworów tło malują klawisze i nie omieszkam się nadmienić, że metal jak ten zin najlepiej wygląda kiedy jest czarno-biały, w związku z czym twórczość Valinora również lepiej wypadłaby bez tła. Lepiej by też płyta wypadła składając się z ośmiu wałków, bo instrumentalny utwór tytułowy razi patosem i grozi cukrzycą. Ale poza tym to Valinor serwuje nam naprawdę żywiołowe riffy, przywołujące same najlepsze skojarzenia solówki, bo to gitary są solą tego albumu, soczystym mięsem, w które bezwiednie zatapia się swe zębiska. Słowa, które bynajmniej nie traktują o hobbitach, są wykrzykiwane poprawnym growlem, zapewniając, że etykietka black metal jako tako pasuje do Dębiczan. Płyta z perspektywy 2012 jest średnia, choć bez wątpienia ciekawa, lecz nagrana została w roku pańskim 2006. Przydałaby się trójka w dyskografii, już bez słodzenia, a z obecnym w wielu momentach na krążku tutaj opisywanym ogniem.
[Klockiewicz]