MORBIDIOUS PATHOLOGY 'ZINE
Ekipa Valinor od kilku ładnych lat wydeptująca swoją własną ścieżynkę na podziemnym szlaku była mi już wcześniej znana i owszem jednak tylko i wyłącznie... z nazwy! Nie powinno to właściwie napawać żadnego z czytelników jakimś szczególnym zdziwieniem, jeśli poddać konfrontacji dźwięki kreowane przez ów zespół z moimi gustami. Tak czy inaczej ostatnie – jak do tej pory – wydawnictwo Valinor trafiło do mnie zupełnie nieprzypadkowo, więc bez niepotrzebnego grymaszenia a także, co nie mniej istotne bez cienia uprzedzeń postanowiłem wysłuchać najnowszej propozycji sygnowanej nazwą ów dębickiego kwartetu by dać tym samym „Hidden Beauty” szansę nie tylko na nieco dłuższe zagoszczenie na tacce odtwarzacza, ale również a może przede wszystkim na zdobycie mojej przychylności. Zasadnym wydaje się być w tym miejscu zdecydowanie oczywiste pytanie o to czy zespół zdołał przekonać mnie do swojej twórczości wykorzystując tym samym okazję do skaptowania kolejnego fana w szeregi już niechybnie istniejących a odpowiedź nań brzmi: raczej nie. Naturalnie już za moment postaram się w mniej lub bardziej udany sposób wyartykułować konkretne argumenty przemawiające za przyjętym przeze mnie w interesującej nas kwestii stanowiskiem jednak zanim to nastąpi chciałbym zaznaczyć, iż moja chłodna ocena nie powinna zniechęcać potencjalnych słuchaczy gdyż jest ona jedynie wynikiem brutalnego zderzenia twórczości Valinor z moimi preferencjami i nie odzwierciedla poziomu muzyki owego kwartetu gdyż ten niewątpliwie jest wysoki i powinien zespołowi bez większych problemów zapewnić wcale nie małe grono wiernych odbiorców. Jakie są zatem przyczyny skazujące tę dębicką ekipę na skreślenie z mojej osobistej listy orkiestr, którym z chęcią poświęcę swój coraz cenniejszy czas? Cóż jest ich co najmniej kilka jednak pozwolę sobie zacząć od tego, że nieszczególnie przekonuje mnie ta nawet bardzo ogólna wizja twórczości Valinor balansująca gdzieś pomiędzy melodyjnym death/black metalem, gdyż wbrew moim skądinąd chyba usprawiedliwionym oczekiwaniom słuchając „Hidden Beauty” nie otrzymuję solidnego kopniaka w ryj, lecz mało udane próby dźwiękowych pogróżek, których Valinor z nieznanych mi powodów nijak nie jest w stanie przedzierzgnąć w akty sonicznej dewastacji mogącej zaspokoić moją żądzę obcowania z bezlitosnym łojeniem. Mniej lub bardziej świadomie kwartet z Dębicy umieszcza swoją twórczość w ramach, co prawda na ogół żwawego, ale niestety jednocześnie nazbyt przesłodzonego grania z pogranicza dwu wymienionych już przeze mnie odmian metalu ocierającego się nawet o tradycyjne heavy metalowe rzemiosło. Nie twierdzę, że rezultaty starań czynionych przez muzyków Valinor są żałosne i nie warte uwagi gdyż wyraźnie słychać, że autorzy „Hidden Beauty” w swojej „karierze” nie jeden komplet strun tudzież pałek już zużyli i ów doświadczenie przynosi owoce w postaci muzyki mogącej stanowić znakomitą pożywkę dla słuchaczy ceniących solidne, motoryczne, urozmaicone oraz – co niezwykle istotne w odniesieniu do twórczości Valinor – melodyjne granie. Nie mam również zamiaru uparcie utrzymywać, iż muzyka wypełniająca najnowsze wydawnictwo zespołu jest zupełnie pozbawiona pazura jednak efekty finalne poczynań panów tworzących ten kwartet dość znacząco rozmijają się z moimi oczekiwaniami względem akurat uprawianego przez tenże big band gatunku – dlaczego? Ponieważ wszystkie te przemyślane, uporządkowane i uładzone zagrywki, mimo iż z całą pewnością są w stanie zrobić wrażenie w rzeczywistości mi osobiście jawią się niczym przysłowiowe owijanie w bawełnę skutecznie – niestety – oddalające nas od sedna sprawy, którym w tym przypadku powinno być konkretne pierdolnięcie. Odgrywane z rozmachem riffy składające się w dość ciekawą całość, poprawne partie perkusji, rozwrzeszczany wokalista, okazjonalnie aktywizowane klawisze subtelnie uzupełniające to, co dzieje się na pierwszym planie za sprawą „wioślarzy” czy wreszcie zdradzające niemałe umiejętności grajków aranżacje może i będą w stanie wzbudzić zainteresowanie bądź też odwrócić uwagę większości słuchaczy od deficytu „mięsa” jednak obawiam się, iż wszystkie te działania i przymioty stanowią jedynie chwilowe panaceum na rychło rzucające się w uszy maniaków mojego pokroju niedostatki agresji i brutalności w muzyce Valinor. Interesująco rozwijane gitarowe tematy oparte na solidnej technice i otulone wszechobecną melodią (tu i ówdzie nieco egzotyczną) bezproblemowe odnajdywanie się w różnorodnych tempach oraz nastrojach a także spora dynamika odgrywanych utworów – to niewątpliwie atuty Valinor, które przydałoby się wyostrzyć odpowiednią dawką agresji tak, aby dodać twórczości Ernesta i jego kolegów odpowiedniego kopa. I tu właśnie jest pies pogrzebany! Gdyby tylko panowie zdecydowali się mocniej przyłożyć nawet nie rezygnując z tej charakterystycznej dla zespołu melodyjności oblicze Valinor moim zdaniem prezentowałoby się zdecydowanie bardziej atrakcyjnie, ponieważ chcąc nie chcąc trzeba przyznać, iż chłopaki posiadają spory potencjał, który z całą pewnością można – a nawet powinno się – odpowiednio spożytkować. To rzecz jasna jedynie moje nieśmiałe „gdybanie” ustępujące miejsca aktualnej wizji muzyków Valinor oferujących słuchaczowi kawałek solidnego, energicznego, wyważonego oraz starannie zaaranżowanego klimatycznego grania wciśniętego w ramy metalu. Tylko tyle albo aż tyle. Fani tego rodzaju dźwięków powinni poczuć się usatysfakcjonowani reszta niekoniecznie...
Autor: Arek