METAL MUNDUS
Ale się można nabrać! Prześliczna okładka: twarz kobiety, popękana ściana, kwiaty, wszystko "otulone" specyficzną romantyczno - melancholijną atmosferą. Jak nic - myśli człowiek - będzie gotycko. Będzie śpiewać panna, będą sobie pięknie grać klawisze, a od czasu do czasu pojawi się jakiś bardziej metalowy riffek. Włączamy płytę i. niespodzianka, zaczyna pachnieć latami osiemdziesiątymi, intro ("Prelude") kojarzy się z heavy lub thrash metalem. I co ważne, fakt, że Valinor przenosi w swojej muzyce elementy tak heavy, jak i starego dobrego thrashu jest zauważalny podczas słuchania całego albumu. I cieszy mnie to niezmiernie. Ale muszę już zaznaczyć, że bynajmniej Valinor nie gra heavy metalu, nie gra też wspomnianego gotyku, a ten rodzaj metalu, który najbardziej kojarzyć się może z dokonaniami Children Of Bodom czy np. wcześniejszymi albumami In Flames.
Mamy zatem ładne linie melodyczne, ostrą sekcję i growlującego wokalistę. Prawie wszystkie utwory utrzymane w raczej szybkim tempie, bez nadmiernych zmian, całkiem sprawnie rozpisane pod względem aranżacyjnym. Słychać, że muzycy nie wypadli przysłowiowej sroce spod pewnej części jej ciała. Nie zachwycają może nadmierną wirtuozerią, ale też przecież nie o nią chodzi w tym wypadku. Co zasługuje na uwagę, to długość płyty. Cieszy niezmiernie, że zespół popracował trochę w studiu, albowiem na płycie zaprezentował aż 9 utworów (co zapewne przełożyło się na poważne wydatki), ale mógł w ten sposób zaprezentować dokładniej to, co chce nam przekazać. Wydaje się, że znalazł swój sposób na muzykę, na wykorzystanie i przerobienie patentów, już wcześniej stosowanych przez chociażby wymienionych Dzieciaków. To cieszy, to może, a właściwie - musi się podobać.
To może, a właściwie musi się podobać wszystkim, którzy lubią melodyjne granie, dla których (ja też należę do tej grupy), jednym z najważniejszych, jeśli nie najważniejszym elementem jest melodia. A tymi zespół może się pochwalić. Są naprawdę na tyle wciągające, na tyle udane, że możne je nucić od pierwszego słuchania. Fani mocniejszych dźwięków też dostaną trochę dla siebie, ostre riffy, sprawną sekcję i lekko schowanego z tyłu, dobiegający gdzieś z oddali głos wokalisty. Nie zabrakło też klawiszy, które zostały użyte w bardzo ciekawy, przemyślany sposób. Pojawiają się tam, gdzie są potrzebne, podkreślają klimat poszczególnych utworów, znakomicie komponują się z pozostałym instrumentarium.
Podsumowując - nie wybitna, ale bardzo dobra płyta, fajne utwory, dobrze przygotowany album. Właściwie każdy fan metalu znajdzie na nim coś dla siebie.
Ja już polubiłem Valinor, Wy - mam nadzieję - też wkrótce polubicie ten album i ten zespół.
Ray 8/10