HEAVY MUSIC PL
Ukryte piękno... ale gdzie, w czym, w jaki sposób je odnaleźć? Z pewnością pomoże nam w tym dębicki zespół Valinor swoim albumem o właśnie takim tytułem "Hidden beauty", który odkrywa black metalowe piękno i euforię.
Płytę otwiera "Prologue", ale jak otwiera, brzmieniem japońskiego gongu. Zaczyna się dość nietypowo, słychać wpływy kultury Wschodu. Możemy poczuć się jakbyśmy właśnie uczestniczyli w typowej, japońskiej uroczystości. Bardzo melodyjny, spokojny wstęp, zostaje jednak zakłócony przez kolejny utwór, tytułowy "Hidden beauty". I już nie może być mowy o spokoju, czy wyciszeniu. Wokalista "atakuje" nas swoim wyrafinowanym growlem. Brzmi naprawdę dobrze, to typowy black metalowy "skrzek". Gitara zaczyna "błądzić" po "kraju kwitnącej wiśni" dodając melodyjności i wprowadzając pewnego rodzaju urozmaicenie. Chrypa, wokal pokazuje możliwości swojej barwy... Gitarzyści walczą, toczą bój, melodyjne riffy "podrasowując" utwór, a zarazem dodając tempa. Następuje kolejna dawka naprzemiennego szaleństwa gitar, pełne energii solówki i nieustępujące bębny. Tak pobudzeni przenosimy się do kolejnego utworu "The voice of space". Wprowadza nas mroczne wejście gitar, przyspieszeniem akcji - w końcu jesteśmy w kosmosie. No i growl na 5. Przepona pracujeJ, głos wokalisty daje się ponieść, lecz nagle w tle słychać organy. Kosmiczne połączenie, porównałabym tą melodię do fragmentów soundtracków z "Gwiezdnych wojem". Cały czas cos się zmienia począwszy od metrum na dźwiękach i wokalu skończywszy. Nieustanna, ostra "sieczka" nie daje o sobie jednak zapomnieć. Czwarty utwór nosi tytuł "The Funeral", ale chyba o nastroju nostalgii nie może być mowy. Uderza nas dziwny, pozaziemski dźwięk, "zabity" jednak przez skrzekliwe głosisko. Kolejny battle gitar, ostro, żywo, przeszywająco. Powtarzające sekwencje podkreślają mroczny nastrój. Kolejny kawałek "A Hand Of A Dead" rozpoczyna szum, jakieś zakłócenia i elektroniczne organy. No i następuje totalna "rzeźnia", szybkie tempo, ostry wokal, podbity nieustannym waleniem bębnów, nieprzerwanym szarpaniem strun. Pojawiają się zagrania a'la Nightwish czy Crematory, w bardzo dobrym wydaniu. Utwór 6 to "Hidden beauty" w wersji instrumentalnej. Kolejny "odlot w kosmos", kropelki wody, spokojny szum, akustyczna gitarka. To wszystko pozwala się wyciszyć, odetchnąć od zgiełku, siły i wrzasku. Utwór skłania do refleksji, wprawia w zadumę. Dodatkowo słychać klawisze, nutka melancholii... "Requiem" jednak "obudzi" nas od razu. Nie ma zmiłuj się , mocne wejście gitar i nie ustępującym im na krok bębnom. Wokal śpiewa "Remember that day..."-tak, po tym wejściu zapamiętamy do dokładnie. W refrenie pojawiają się melodyjne wstawki solówek, ciekawy zabieg, takie "odostrzenie" sytuacji. Pikanteryjne zwrotki zestawione są z odrobinę spokojniejszym, melodyjniejszym refrenem, co daje fajny efekt. Przedostatni kawałek "The Bloodless Face" rozpoczyna się niezwykle tajemniczo, co spowodowane jest odgłosami burzy. Buduje to nastrój grozy. Słyszymy "kościelne" organy i solóweczka, szarpanie strun napędza kawałek, a wokal dodatkowo uwypukla tempo, przesłanie. Niezwykle szybki utwór, zestawiony z elementów kontrastowych. Riffy trochę przypominają solówki vader'owskie, dodając utworowi mocy. A na koniec mamy "Epilogue". Coś zbliża się do nas, słychać uderzenia, elektroniczne dźwięki, szum, przeszywające trąbki- rodem wizja z horroru. Ciągłe zawirowania, jakieś głosy pozaziemskie, rozpętuje się burza. Można wyczuć strach, który kończy się dźwiękiem trąby.
Jeśli ktoś nie zapoznał się jeszcze z twórczością zespołu Valinor to szczerze zachęcam. To kapela black metalowa, operująca typowymi dla gatunku figurami artystycznymi, tworząc jednak własną oprawę i styl.